 |
W
numerze:
Od 15.12.1997 r. cieszyński Informator
Parafialny wszedł w skład nowopowstałej Gazety Ewangelickiej.
Od tego czasu w informatorze publikowano tylko te artykuły i
relacje, które dotyczyły wyłącznie parafii cieszyńskiej.
Aby przeglądnąć numer GE, w którym ukazał się ten
numer informatora, kliknij:
GE nr 3
z 1998 roku
|
W
internetowej wersji Informatora
nie zamieszczono planu nabożeństw,
wykazów osób (chrzty, śluby, pogrzeby), ogłoszeń, reklam i
informacji o charakterze "ulotnym". |
|
|
|
Zdjęcia zostaną dołączone w
późniejszym terminie!
Dzień Niepodległości, 4 lipca,
czyli największe narodowe święto Amerykanów, my - opiekunowie
postanowiliśmy spędzić w Mineapolis. Mnóstwo amerykańskich flag,
kobiety, dzieci - ubrane w sukienki wyglądające podobnie. W
restauracji podali nam nie co innego, jak ciastka w kolorach
narodowych z wbitą w nie maleńką flagą. Oczywiście leżały one na
serwetkach w tych samych barwach. Ten obraz patriotyzmu zrobił na
mnie duże wrażenie, ale jeszcze większe wrażenie wywarło na mnie
największe w Ameryce Mollo. Proszę nie kojarzyć tej nazwy z morzem -
tak było w moim przypadku, gdy usłyszałam tę nazwę po raz pierwszy.
Mollo jest to oszklony kompleks sklepów, które usytuowane są na
czterech poziomach, pośrodku znajduje się małe Wesołe Miasteczko.
Setki sklepów, restauracyjek - cały dzień zabrało nam odwiedzenie
zaledwie części z nich. Z naszą wyprawą związana jest niecodzienna
historia. Do Mineapolis jechaliśmy dwoma samochodami, już w samym
mieście rozdzieliliśmy się. Niemożliwym było znalezienie się w tym
Mollo. A jednak, po 5 godzinach poszukiwań, przy całkowitej
rezygnacji... spotkaliśmy się! Na tym jeszcze nie koniec przygód.
Gdy wyjechaliśmy z Mollo w kierunku miasta kolejny raz nasze drogi
rozeszły się, a wszystkiemu był winny niesamowity ruch na drogach.
Tym razem odnalezienie się i to w tak wielkim mieście jakim jest
Mineapolis, wydawało nam się czymś niewyobrażalnym. Jakież było więc
nasze zdziwienie, gdy stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz na jednej z
ulic! Wystarczy tych wspomnień, trzeba powrócić do obaw i
codziennych obowiązków.
Kolejny tydzień to jest „Special Week”. Opiekujemy się osobami
upośledzonymi umysłowo i fizycznie. Pod opieką mam Kristi -
25-letnią dziewczynę, która porusza się tylko na wózku inwalidzkim i
jest częściowo upośledzona umysłowo. Przez cały czas uczę się
cierpliwości i pokory, to bardzo trudne. Jak do tej pory jest to
chyba najbardziej męczący dla mnie czas, gdyż muszę być z Kristi 24
godziny na dobę, pomagając jej w podstawowych czynnościach. Całe
zmęczenie znika, gdy słyszę „Dziękuję Ci bardzo” i widzę uśmiech na
twarzy. Po raz pierwszy pracuję z takimi osobami i wiem, że nauczę
się od nich wielu rzeczy, a przede wszystkim zadowolenia z życia i z
najdrobniejszych spraw. Jedna z dziewczyn powiedziała mi, iż za
każdym razem, gdy będzie jadła „polish sansape” - polską kiełbasę,
będzie myślała o mnie, czy to nie jest miłe? Ich spontaniczność i
zaangażowanie oraz poczucie humoru spowodowały, że przez resztę
wakacji wspominaliśmy tą niesamowitą grupę ludzi, trochę innych od
nas.
Moim ulubionym zajęciem jest sprawdzanie list obozowiczów. Dlaczego?
Szukam polskich nazwisk, przeprowadzam krótki wywiad z ich
posiadaczami i... zazwyczaj okazuje się że osoby te nie mają nawet
pojęcia, gdzie leży Polska. Tym razem było jednak inaczej.
Sprawdziłam i znalazłam... wiem tylko, że to chłopak, ale jak go
odnajdę w takiej ilości dzieci? Idę z jedną z grupek, gdy nagle
odzywa się głos: „A wiesz, że moi rodzice pochodzą z Polski?” Z
wrażenia nie mogę wydusić z siebie słowa. Usłyszeć takie słowa w
rodzinnym języku, gdy wkoło tylko angielski, to coś niesamowitego!
Okazuje się, że jego rodzice pochodzą z Krakowa. On urodził się w
Stanach, a języka polskiego uczy go babcia (z doskonałym efektem).
To pierwsze zetknięcie się z kimś, kto nie boi się swego polskiego
pochodzenia, a co stało się z innymi? Jedna rzecz ciągle mnie
intryguje, a mianowicie duża ilość kościołów, nawet w małych
miasteczkach: katolickie, luterańskie, baptystyczne itd. i tak dobra
współpraca między nimi. Porównując nabożeństwa tu i u nas w Polsce
myślę, że te tutaj nie są tak skostniałe. Bardzo podoba mi się
zaangażowanie świeckich członków zboru w pracę w parafii i w pomoc
podczas nabożeństwa. Nie odczuwa się tutaj hierarchizacji. Nikt nie
używa formy pan czy pani, nawet w odniesieniu do osób starszych.
Potwierdza to zasada równości, tak mocno podkreślaną przez
Amerykanów. Początkowo myślałam, iż jest to brak szacunku, ciągle
jednak przekonuję się, że tak nie jest.
Inaczej wygląda tutaj sprawa organizacji kościoła, nie ma typowego
podziału na diecezje, parafie. Każde niemalże miasto posiada swojego
księdza, który opiekuje się zborem, a zgrupowane są one w 65
synodach. Popularną formą spotkań jest tzw. „potluck”, gdzie każdy
przynosi ze sobą jakąś potrawę. Jest czas na konsumpcję, ale także
czas na wspólny śpiew, rozważanie Słowa Bożego i na towarzyską
rozmowę. Na jednym z takich spotkań miałam okazję opowiedzieć coś o
Polsce.
Czas pędzi nieubłaganie. Słowa „do zobaczenia” wydają się
niestosowne, czy będę miała okazję spotkać ich kiedykolwiek? Czy
wrócę tu kiedyś? Lot do Chicago sprzyja refleksji nad tym, co
przeżyłam w moim obozie, ale z drugiej strony nie mogę się już
doczekać spotkania z Danusią i Asią i całą grupą. Tym razem spędzimy
w Chicago 4 dni. To już nie czas, by się uczyć, lecz aby zwiedzać.
Zobaczyliśmy już jedne z największych muzeów w Ameryce: Muzeum
Sztuki i Muzeum Nauki, co zajęło nam kilka godzin. Teraz pozostał
jeszcze Sears Tower, czyli największy biurowiec na świecie mierzący
443 metry, z którego można podziwiać całe Chicago. W jednym ze
sklepów w centrum miasta znajdujemy: wedlowskie czekolady, zupki
Winiary, Prince Polo, cała półka polskich produktów! Uwieczniamy to
oczywiście na zdjęciu, aby po powrocie mieć namacalny dowód, że nie
była to fatamorgana.
Jest 20 sierpnia, lotnisko O’Hara w Chicago, wsiadamy do samolotu.
„Proszę zapiąć pasy i przygotować się do startu” - słyszę znajome
słowa stewardesy, siedząc w samolocie do... Warszawy. Pozostały już
tylko wspomnienia, zdjęcia i bagaż doświadczeń, z którym na pewno
nie będzie mi ciężko.
KONIEC
Anna Boruta
Ameryka, Ameryka... - przejdź do części:
1
2 |
|
Konkurs biblijny
Zdjęcia zostaną dołączone w
późniejszym terminie!
W poprzednim numerze
zamieściliśmy zwycięzców II etapu konkursu wiedzy biblijnej z naszej
Parafii. Okazało się, że do tego grona doszły jeszcze cztery osoby: |
|
Jastrzębia Góra '97
Zdjęcia zostaną dołączone w
późniejszym terminie! Turnus 2
20 lipca, po całonocnej podróży nasz autobus dotarł wreszcie do
Sopotu, gdzie wspólnie z I turnusem uczestniczyliśmy w nabożeństwie.
Po pokonaniu ostatnich kilkudziesięciu kilometrów dotarliśmy
wreszcie do Jastrzębiej Góry. Deszcz zaczął padać w chwilę po
postawieniu przez nas namiotów. Nie był to jednak największy deszcz
na obozie. Pogoda jak obozowicze była różna. Był czas kiedy świeciło
słońce, i można było się opalać, były też chwile wielkiego wiatru,
kiedy nasze namioty przechodziły wielką próbę, i oczywiście jak już
wspomniałem był też czas, gdy nasz obóz przypominał nieco Wenecję, a
to za sprawą gęstej sieci kanałów wypełnionych wodą i pokrywających
cały obóz.
Ale przecież nie pogoda na obozie była najważniejsza, a atmosfera
którą tworzą wszyscy. Jeśli myślicie że deszcz czy wiatr popsuł nam
obóz jesteście w błędzie, bo ci którzy chcieli ciekawie spędzić czas
mieli wiele możliwości. Poza codziennymi porannymi i wieczornymi
rozważaniami mogliśmy brać udział w: konkursie budowy budowli z
piaski (dwa zamki plus jeden Bodzio), w wycieczce do Gdyni (statkiem
z Helu), wyborach mis i mistera obozu, kilku koncertach i innych
atrakcjach.
Czas szybko mijał i właśnie wtedy, gdy zaczęły nawiązywać się nowe
przyjaźnie trzeba by było wyjechać. Zapytacie czy obóz był udany?
Tak. Dzięki wszystkim tym, którzy wytworzyli dobra atmosferę, którzy
chcieli aby obóz na który przyjechali był udany. Dziękujemy ks.
Alfredowi Borskiemu oraz kierownictwu obozu (Agnieszce, Tomkowi,
Anielce i pani ratownik). Przede wszystkim jednak dziękujemy Bogu za
Jego ochronę i błogosławieństwo.
Turnus 3
W pochmurny wieczór dnia 31.07.1997 r. grupa młodzieży wyjechała
autokarem z Placu Kościelnego do Jastrzębiej Góry. Wczesnym rankiem
zmęczeni podróżą dojechaliśmy do celu.
Niestety tutaj pogoda nie była najlepsza. Ale już następnego dnia
wypogodziło się i tak już było do końca obozu. Program pobytu był
bardzo urozmaicony. Było bardzo dużo konkursów, gier i zabaw.
Najciekawsze z nich to: konkurs przebierańców (zwycięzcy w nagrodę
zostali zaproszeni przez opiekunów na lody), konkurs rzeźby w
piasku, turnieje sportowe wymyślane przez naszą ratowniczkę oraz
bardzo ciekawy konkurs wiedzy z Ewangelii Mateusza. Atrakcją obozu
były pyszne śniadania i kolacje, które przygotowaliśmy sami. Obiady
zaś jedliśmy w stołówce ośrodka „Lisi Jar”.
Zobaczyliśmy też zachód słońca i...wschód słońca. Żeby go zobaczyć
budzono nas już o 4.00 rano. Wielkie zainteresowanie wśród
wczasowiczów wzbudziły nasze popołudniowe spotkania biblijne na
plaży.
W ostatnią niedzielę pojechaliśmy do Sopotu, aby tam zaśpiewać na
nabożeństwie w kościele. Później pojechaliśmy obejrzeć Gdańsk, a
następnie z Gdyni popłynęliśmy katamaranem na Hel. Nawet nie
zauważyliśmy, że niestety zbliża się czas naszego powrotu. Przed
wyjazdem zaśpiewaliśmy w piekarni (z której codziennie jedliśmy
smaczne, świeże pieczywo) kilka pieśni, no i w nagrodę otrzymaliśmy
na drogą pyszne bułeczki.
Pełni marzeń i nowych doświadczeń wróciliśmy do Cieszyna rano 14
sierpnia. W imieniu całego turnusu serdecznie chcemy podziękować
naszym wspaniałym opiekunom, tj.: ks. Kornelowi Undasowi, teologom
Sebastianowi Mendrokowi, Asi Śliwce, Edycie Krzywoń i ratowniczce
Danucie Jaroń, którzy włożyli wiele wysiłku, aby ten turnus był dla
nas miły i niezapomniany.
Renata Krzywoń
Kadra obozowa JG '97:
1 turnus: (8.07. - 20.07.)
ks. Alfred Borski
stud. teol. Waldemar Gabryś
stud. teol. Dariusz Madzia
stud. teol. Adriana Zmarzły
Danuta Jaroń - ratownik |
2 turnus: (20.07. - 1.08.)
Agnieszka Panek
stud. teol. Aniela Macura
stud. teol. Bogdan Warzeczko
Tomasz Panek
Danuta Jaroń - ratownik |
3 turnus: (1.08. - 13.08.)
ks. Kornel Undas
stud. teol. Edyta Krzywoń
stud. teol. Sebastian Mendrok
stud. teol. Joanna Śliwka
Danuta Jaroń - ratownik |
|
Nowożeńcy (okres: luty-marzec 1998)
Pozostałe zdjęcia zostaną dołączone w
późniejszym terminie!
Izabela Kołek
Przemysław Marek
7.02.1998 |
Halina Sikora
Zbigniew Gogółka
14.02.1998 |

Dorota Mikler
Sebastian Broniek
21.02.1998 |
|
Oczywiście
istnieje możliwość zamieszczenia zdjęcia ślubnego z tego
lub innych okresów (1992-2002) nawet, gdy zdjęcie nie było zamieszczona
kiedyś w
Informatorze! Wystarczy przesłać je do
Redakcji Gazety Ewangelickiej |
|
Serca ludzkie się radują...
Tradycyjnie już, w dniu Epifanii, w kościele Jezusowym w Cieszynie
odbył się „Wieczór kolęd”. Chóry naszej parafii dzieliły się
radością wynikającą z przyjścia Jezusa na świat.
Mamy wiele chórów: dziecięce, młodzieżowe oraz te, które tworzą
dorośli. Na co dzień ćwiczą one i śpiewają na Bożą chwałę osobno.
Tego wyjątkowego wieczoru zjednoczyły się przed ołtarzem Kościoła
Jezusowego w kilkuset osobowy chór. Połączyła je pieśń „Serca
ludzkie się radują”. Radość udzieliła się wszystkim zgromadzonym
słuchaczom, odczuć można było niezwykłą jedność nie tylko chórów,
ale i całego Zboru.
Serdecznie dziękujemy Dyrygentom i wszystkim Chórzystom parafii
cieszyńskiej za błogosławioną pracę na niwie Pańskiej.
ks. Janusz Sikora |
|
Chrześcijańska Studniówka
Zdjęcia zostaną dołączone w
późniejszym terminie! Tegoroczni maturzyści
postanowili urządzić sobie chrześcijańską studniówkę. Być może był
to dziwny pomysł, ale udało się. Odstąpiliśmy od tradycji i zamiast
rozpocząć polonezem rozpoczęliśmy modlitwą. Wszystko zaczęło się 24
stycznia br. - czyli 101 dni przed maturą. Wyjechaliśmy do małego
domku w ustronnym miejscu na górskim zboczu w Brennej. Czas
spędziliśmy w społeczności modląc się, śpiewając pieśni dzieląc
swymi przemyśleniami. Oczywiście jak to bywa w grupie młodych ludzi
nie zabrakło humoru i czasu na żarty (w szczególności przy
posiłkach). Pełni nadziei prowadzenia Bożego w czasie matury
wróciliśmy następnego dnia do domów. |
|
|
|