3 (3)
1998
 
5-6 /
1998

Informator parafialny  -  cieszyn

Informator parafialny
Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Cieszynie

nr 29

 

maj, czerwiec 1998   

 
 

Numer IP Cieszyn
 
 > Home > Archiwum > Informator parafialny PEA Cieszyn > nr 29
W numerze:

Od 15.12.1997 r. cieszyński Informator Parafialny wszedł w skład nowopowstałej Gazety Ewangelickiej.
Od tego czasu w informatorze publikowano tylko te artykuły i relacje, które dotyczyły wyłącznie parafii cieszyńskiej.

Aby przeglądnąć numer GE, w którym ukazał się ten numer informatora, kliknij: GE nr 3 z 1998 roku


W internetowej wersji Informatora nie zamieszczono planu nabożeństw,
wykazów osób (chrzty, śluby, pogrzeby), ogłoszeń, reklam i informacji o charakterze "ulotnym".

Ameryka, Ameryka...    cz. 3

Ameryka, Ameryka... - przejdź do poprzednich części:    1     2

Zdjęcia zostaną dołączone w późniejszym terminie!

Dzień Niepodległości, 4 lipca, czyli największe narodowe święto Amerykanów, my - opiekunowie postanowiliśmy spędzić w Mineapolis. Mnóstwo amerykańskich flag, kobiety, dzieci - ubrane w sukienki wyglądające podobnie. W restauracji podali nam nie co innego, jak ciastka w kolorach narodowych z wbitą w nie maleńką flagą. Oczywiście leżały one na serwetkach w tych samych barwach. Ten obraz patriotyzmu zrobił na mnie duże wrażenie, ale jeszcze większe wrażenie wywarło na mnie największe w Ameryce Mollo. Proszę nie kojarzyć tej nazwy z morzem - tak było w moim przypadku, gdy usłyszałam tę nazwę po raz pierwszy. Mollo jest to oszklony kompleks sklepów, które usytuowane są na czterech poziomach, pośrodku znajduje się małe Wesołe Miasteczko. Setki sklepów, restauracyjek - cały dzień zabrało nam odwiedzenie zaledwie części z nich. Z naszą wyprawą związana jest niecodzienna historia. Do Mineapolis jechaliśmy dwoma samochodami, już w samym mieście rozdzieliliśmy się. Niemożliwym było znalezienie się w tym Mollo. A jednak, po 5 godzinach poszukiwań, przy całkowitej rezygnacji... spotkaliśmy się! Na tym jeszcze nie koniec przygód. Gdy wyjechaliśmy z Mollo w kierunku miasta kolejny raz nasze drogi rozeszły się, a wszystkiemu był winny niesamowity ruch na drogach. Tym razem odnalezienie się i to w tak wielkim mieście jakim jest Mineapolis, wydawało nam się czymś niewyobrażalnym. Jakież było więc nasze zdziwienie, gdy stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz na jednej z ulic! Wystarczy tych wspomnień, trzeba powrócić do obaw i codziennych obowiązków.
Kolejny tydzień to jest „Special Week”. Opiekujemy się osobami upośledzonymi umysłowo i fizycznie. Pod opieką mam Kristi - 25-letnią dziewczynę, która porusza się tylko na wózku inwalidzkim i jest częściowo upośledzona umysłowo. Przez cały czas uczę się cierpliwości i pokory, to bardzo trudne. Jak do tej pory jest to chyba najbardziej męczący dla mnie czas, gdyż muszę być z Kristi 24 godziny na dobę, pomagając jej w podstawowych czynnościach. Całe zmęczenie znika, gdy słyszę „Dziękuję Ci bardzo” i widzę uśmiech na twarzy. Po raz pierwszy pracuję z takimi osobami i wiem, że nauczę się od nich wielu rzeczy, a przede wszystkim zadowolenia z życia i z najdrobniejszych spraw. Jedna z dziewczyn powiedziała mi, iż za każdym razem, gdy będzie jadła „polish sansape” - polską kiełbasę, będzie myślała o mnie, czy to nie jest miłe? Ich spontaniczność i zaangażowanie oraz poczucie humoru spowodowały, że przez resztę wakacji wspominaliśmy tą niesamowitą grupę ludzi, trochę innych od nas.
Moim ulubionym zajęciem jest sprawdzanie list obozowiczów. Dlaczego? Szukam polskich nazwisk, przeprowadzam krótki wywiad z ich posiadaczami i... zazwyczaj okazuje się że osoby te nie mają nawet pojęcia, gdzie leży Polska. Tym razem było jednak inaczej. Sprawdziłam i znalazłam... wiem tylko, że to chłopak, ale jak go odnajdę w takiej ilości dzieci? Idę z jedną z grupek, gdy nagle odzywa się głos: „A wiesz, że moi rodzice pochodzą z Polski?” Z wrażenia nie mogę wydusić z siebie słowa. Usłyszeć takie słowa w rodzinnym języku, gdy wkoło tylko angielski, to coś niesamowitego! Okazuje się, że jego rodzice pochodzą z Krakowa. On urodził się w Stanach, a języka polskiego uczy go babcia (z doskonałym efektem). To pierwsze zetknięcie się z kimś, kto nie boi się swego polskiego pochodzenia, a co stało się z innymi? Jedna rzecz ciągle mnie intryguje, a mianowicie duża ilość kościołów, nawet w małych miasteczkach: katolickie, luterańskie, baptystyczne itd. i tak dobra współpraca między nimi. Porównując nabożeństwa tu i u nas w Polsce myślę, że te tutaj nie są tak skostniałe. Bardzo podoba mi się zaangażowanie świeckich członków zboru w pracę w parafii i w pomoc podczas nabożeństwa. Nie odczuwa się tutaj hierarchizacji. Nikt nie używa formy pan czy pani, nawet w odniesieniu do osób starszych. Potwierdza to zasada równości, tak mocno podkreślaną przez Amerykanów. Początkowo myślałam, iż jest to brak szacunku, ciągle jednak przekonuję się, że tak nie jest.
Inaczej wygląda tutaj sprawa organizacji kościoła, nie ma typowego podziału na diecezje, parafie. Każde niemalże miasto posiada swojego księdza, który opiekuje się zborem, a zgrupowane są one w 65 synodach. Popularną formą spotkań jest tzw. „potluck”, gdzie każdy przynosi ze sobą jakąś potrawę. Jest czas na konsumpcję, ale także czas na wspólny śpiew, rozważanie Słowa Bożego i na towarzyską rozmowę. Na jednym z takich spotkań miałam okazję opowiedzieć coś o Polsce.
Czas pędzi nieubłaganie. Słowa „do zobaczenia” wydają się niestosowne, czy będę miała okazję spotkać ich kiedykolwiek? Czy wrócę tu kiedyś? Lot do Chicago sprzyja refleksji nad tym, co przeżyłam w moim obozie, ale z drugiej strony nie mogę się już doczekać spotkania z Danusią i Asią i całą grupą. Tym razem spędzimy w Chicago 4 dni. To już nie czas, by się uczyć, lecz aby zwiedzać. Zobaczyliśmy już jedne z największych muzeów w Ameryce: Muzeum Sztuki i Muzeum Nauki, co zajęło nam kilka godzin. Teraz pozostał jeszcze Sears Tower, czyli największy biurowiec na świecie mierzący 443 metry, z którego można podziwiać całe Chicago. W jednym ze sklepów w centrum miasta znajdujemy: wedlowskie czekolady, zupki Winiary, Prince Polo, cała półka polskich produktów! Uwieczniamy to oczywiście na zdjęciu, aby po powrocie mieć namacalny dowód, że nie była to fatamorgana.
Jest 20 sierpnia, lotnisko O’Hara w Chicago, wsiadamy do samolotu. „Proszę zapiąć pasy i przygotować się do startu” - słyszę znajome słowa stewardesy, siedząc w samolocie do... Warszawy. Pozostały już tylko wspomnienia, zdjęcia i bagaż doświadczeń, z którym na pewno nie będzie mi ciężko.

KONIEC

Anna Boruta

Ameryka, Ameryka... - przejdź do części:    1     2

Konkurs biblijny    Zdjęcia zostaną dołączone w późniejszym terminie!

W poprzednim numerze zamieściliśmy zwycięzców II etapu konkursu wiedzy biblijnej z naszej Parafii. Okazało się, że do tego grona doszły jeszcze cztery osoby:

Jastrzębia Góra '97    Zdjęcia zostaną dołączone w późniejszym terminie!

Turnus 2
20 lipca, po całonocnej podróży nasz autobus dotarł wreszcie do Sopotu, gdzie wspólnie z I turnusem uczestniczyliśmy w nabożeństwie. Po pokonaniu ostatnich kilkudziesięciu kilometrów dotarliśmy wreszcie do Jastrzębiej Góry. Deszcz zaczął padać w chwilę po postawieniu przez nas namiotów. Nie był to jednak największy deszcz na obozie. Pogoda jak obozowicze była różna. Był czas kiedy świeciło słońce, i można było się opalać, były też chwile wielkiego wiatru, kiedy nasze namioty przechodziły wielką próbę, i oczywiście jak już wspomniałem był też czas, gdy nasz obóz przypominał nieco Wenecję, a to za sprawą gęstej sieci kanałów wypełnionych wodą i pokrywających cały obóz.
Ale przecież nie pogoda na obozie była najważniejsza, a atmosfera którą tworzą wszyscy. Jeśli myślicie że deszcz czy wiatr popsuł nam obóz jesteście w błędzie, bo ci którzy chcieli ciekawie spędzić czas mieli wiele możliwości. Poza codziennymi porannymi i wieczornymi rozważaniami mogliśmy brać udział w: konkursie budowy budowli z piaski (dwa zamki plus jeden Bodzio), w wycieczce do Gdyni (statkiem z Helu), wyborach mis i mistera obozu, kilku koncertach i innych atrakcjach.
Czas szybko mijał i właśnie wtedy, gdy zaczęły nawiązywać się nowe przyjaźnie trzeba by było wyjechać. Zapytacie czy obóz był udany? Tak. Dzięki wszystkim tym, którzy wytworzyli dobra atmosferę, którzy chcieli aby obóz na który przyjechali był udany. Dziękujemy ks. Alfredowi Borskiemu oraz kierownictwu obozu (Agnieszce, Tomkowi, Anielce i pani ratownik). Przede wszystkim jednak dziękujemy Bogu za Jego ochronę i błogosławieństwo.

Turnus 3
W pochmurny wieczór dnia 31.07.1997 r. grupa młodzieży wyjechała autokarem z Placu Kościelnego do Jastrzębiej Góry. Wczesnym rankiem zmęczeni podróżą dojechaliśmy do celu.
Niestety tutaj pogoda nie była najlepsza. Ale już następnego dnia wypogodziło się i tak już było do końca obozu. Program pobytu był bardzo urozmaicony. Było bardzo dużo konkursów, gier i zabaw. Najciekawsze z nich to: konkurs przebierańców (zwycięzcy w nagrodę zostali zaproszeni przez opiekunów na lody), konkurs rzeźby w piasku, turnieje sportowe wymyślane przez naszą ratowniczkę oraz bardzo ciekawy konkurs wiedzy z Ewangelii Mateusza. Atrakcją obozu były pyszne śniadania i kolacje, które przygotowaliśmy sami. Obiady zaś jedliśmy w stołówce ośrodka „Lisi Jar”.
Zobaczyliśmy też zachód słońca i...wschód słońca. Żeby go zobaczyć budzono nas już o 4.00 rano. Wielkie zainteresowanie wśród wczasowiczów wzbudziły nasze popołudniowe spotkania biblijne na plaży.
W ostatnią niedzielę pojechaliśmy do Sopotu, aby tam zaśpiewać na nabożeństwie w kościele. Później pojechaliśmy obejrzeć Gdańsk, a następnie z Gdyni popłynęliśmy katamaranem na Hel. Nawet nie zauważyliśmy, że niestety zbliża się czas naszego powrotu. Przed wyjazdem zaśpiewaliśmy w piekarni (z której codziennie jedliśmy smaczne, świeże pieczywo) kilka pieśni, no i w nagrodę otrzymaliśmy na drogą pyszne bułeczki.
Pełni marzeń i nowych doświadczeń wróciliśmy do Cieszyna rano 14 sierpnia. W imieniu całego turnusu serdecznie chcemy podziękować naszym wspaniałym opiekunom, tj.: ks. Kornelowi Undasowi, teologom Sebastianowi Mendrokowi, Asi Śliwce, Edycie Krzywoń i ratowniczce Danucie Jaroń, którzy włożyli wiele wysiłku, aby ten turnus był dla nas miły i niezapomniany.

Renata Krzywoń

Kadra obozowa JG '97:

1 turnus: (8.07. - 20.07.)
ks. Alfred Borski
stud. teol. Waldemar Gabryś
stud. teol. Dariusz Madzia
stud. teol. Adriana Zmarzły
Danuta Jaroń - ratownik
2 turnus: (20.07. - 1.08.)
Agnieszka Panek
stud. teol. Aniela Macura
stud. teol. Bogdan Warzeczko
Tomasz Panek
Danuta Jaroń - ratownik
3 turnus: (1.08. - 13.08.)
ks. Kornel Undas
stud. teol. Edyta Krzywoń
stud. teol. Sebastian Mendrok
stud. teol. Joanna Śliwka
Danuta Jaroń - ratownik

 

Nowożeńcy (okres: luty-marzec 1998)     Pozostałe zdjęcia zostaną dołączone w późniejszym terminie!
 
Izabela Kołek
Przemysław Marek

7.02.1998
Halina Sikora
Zbigniew Gogółka
14.02.1998

Dorota Mikler
Sebastian Broniek
21.02.1998
 

Oczywiście istnieje możliwość zamieszczenia zdjęcia ślubnego z tego lub innych okresów (1992-2002) nawet, gdy zdjęcie nie było zamieszczona
kiedyś w Informatorze! Wystarczy przesłać je do
Redakcji Gazety Ewangelickiej

Serca ludzkie się radują...

Tradycyjnie już, w dniu Epifanii, w kościele Jezusowym w Cieszynie odbył się „Wieczór kolęd”. Chóry naszej parafii dzieliły się radością wynikającą z przyjścia Jezusa na świat.
Mamy wiele chórów: dziecięce, młodzieżowe oraz te, które tworzą dorośli. Na co dzień ćwiczą one i śpiewają na Bożą chwałę osobno. Tego wyjątkowego wieczoru zjednoczyły się przed ołtarzem Kościoła Jezusowego w kilkuset osobowy chór. Połączyła je pieśń „Serca ludzkie się radują”. Radość udzieliła się wszystkim zgromadzonym słuchaczom, odczuć można było niezwykłą jedność nie tylko chórów, ale i całego Zboru.
Serdecznie dziękujemy Dyrygentom i wszystkim Chórzystom parafii cieszyńskiej za błogosławioną pracę na niwie Pańskiej.

ks. Janusz Sikora

Chrześcijańska Studniówka    Zdjęcia zostaną dołączone w późniejszym terminie!

Tegoroczni maturzyści postanowili urządzić sobie chrześcijańską studniówkę. Być może był to dziwny pomysł, ale udało się. Odstąpiliśmy od tradycji i zamiast rozpocząć polonezem rozpoczęliśmy modlitwą. Wszystko zaczęło się 24 stycznia br. - czyli 101 dni przed maturą. Wyjechaliśmy do małego domku w ustronnym miejscu na górskim zboczu w Brennej. Czas spędziliśmy w społeczności modląc się, śpiewając pieśni dzieląc swymi przemyśleniami. Oczywiście jak to bywa w grupie młodych ludzi nie zabrakło humoru i czasu na żarty (w szczególności przy posiłkach). Pełni nadziei prowadzenia Bożego w czasie matury wróciliśmy następnego dnia do domów.