15/16
(15/16)
1999
 
7-8 /
199
9

M A G A Z Y N    M Ł O D Z I E Ż O W Y     D O K Ą D

 

Italia '99
Tournée Ekumenicznego Zespołu Teatralnego z Cieszyna do Włoch - cz. 2

artykuł z tego NUMERU

artykuł z tego CYKLU

 > Home > Archiwum > Gazeta Ewangelicka > GE nr 15/16  / 1999 > Dokąd: Italia '99 - cz. 2
Z Colegno, jadąc dalej na południe dotarliśmy do Lopiano (przeglądnij zdjęcia), gdzie zostaliśmy dwa dni. Po raz pierwszy na wyjeździe nie graliśmy spektaklu, co pozwoliło nam lepiej poznać miejsce, w którym byliśmy. Lopiano jest niedużym miasteczkiem założonym przez ruch FOCOLARE, działający w ramach kościoła katolickiego. Jego założycielką jest Chiara Lubich, która w czasie drugiej wojny światowej, razem ze swoimi przyjaciółkami, zamiast opuścić bombardowany Trydent, została tam aby pomagać innym ludziom. Zdecydowała się na to, bo czuła, że jest to Boża wola dla jej życia. To był początek ruchu, którego ideą jest budowanie życia w miłości do innych i jedności z innymi. Przyjeżdżający do Lopiano nie tylko rozwijają duchową stronę życia, ale też
pracują. Zajmują się m.in. produkcją mebli i innych rzeczy dla dzieci, krawiectwem, produkcją wina i oliwy z oliwek, wytwarzają użytkowe i ozdobne sprzęty ceramiczne. To wszystko mogliśmy poznać i zobaczyć w czasie naszego pobytu w Lopiano. Jego zakończeniem był spektakl, który zagraliśmy w niedzielny wieczór, a więc niejako na półmetku naszej podróży. Po nim jak zwykle zapakowaliśmy sprzęt do autobusu, a następnego dnia byliśmy już w dalszej drodze.

 
Następny postój - Ripattoni (przeglądnij zdjęcia). I znowu, jak we wszystkich wcześniejszych miejscach spotykamy się z niesamowitą życzliwością i gościnnością Włochów. Byli dla nas bardzo mili, serdeczni i otwarci, starali się robić wszystko, abyśmy dobrze się u nich czuli. I chociaż tak właśnie było, czasami zdarzało się nam od nich „uciekać”. W Mazzo, pierwszej włoskiej miejscowości, w której byliśmy, mieliśmy dwa noclegi, ale nie wszyscy o tym pamiętali Trzech chłopaków już drugiego dnia spakowało się i pożegnało z rodziną, u której mieszkali w przekonaniu, że stamtąd wyjeżdżamy. Ludzie, u których mieszkali tak bardzo się tym przejęli, że zadzwonili do swoich znajomych, mówiąc że zrobili chyba coś nie tak, bo chłopcy spakowali się i poszli. Kiedy cała sytuacja się wyjaśniła, wszyscy nieźle się uśmiali, a dwaj

„uciekinierzy” wrócili do „swojej rodziny”. Oprócz tego, że nocowaliśmy u rodzin, my sami tworzyliśmy tez jedną wielką rodzinę, na czele której dzielne trwali ks.Alfred i ks. Mirek, których przemianowaliśmy na don Alfredo i don Mirko (bo don z włoskiego to ksiądz). Tuż przed spektaklem zamieniali się oni w konferansjerów, którzy go zapowiadali. Don Mirko, jedyna osoba w naszej grupie znająca włoski, opowiadał zawsze jak doszło do tego, że spektakl powstał i dlaczego chcemy go pokazywać, a don Alfredo niezmiennie informował wszystkich Włochów, że ich kraj jest jedynym obcym państwem wymienionym w polskim hymnie, co przyjmowane było gromkimi brawami.

 

Z Ripattoni, mijając Rzym, dojechaliśmy do Latiny (przeglądnij zdjęcia), gdzie już po raz siódmy pokazaliśmy spektakl. Tym razem wśród widzów znalazło się także kilku Polaków, których jak się później okazało sporo mieszka w Latinie. Właściwie polskie akcenty towarzyszyły nam od pierwszego dnia pobytu we Włoszech. Pierwszego Polaka spotkaliśmy już w Mazzo. Mieszkał tam od czasów drugiej wojny światowej. Potem zetknęliśmy się jeszcze z Polakami w Lopiano i Mondragone. Ale wracając jeszcze do Latiny - skoro była zaledwie 70 kilometrów od Rzymu nie mogliśmy tam nie pojechać. Wizytę w Rzymie (przeglądnij zdjęcia)rozpoczęliśmy od audiencji generalnej na placu św. Piotra w Watykanie. Wśród ogromnej liczby ludzi, która tam się zebrała,

część stanowili Polacy - ponad 7.000. Papież w kilku językach skierował pozdrowienia i błogosławieństwo do wszystkich zebranych na placu i podzielił się refleksjami na temat konieczności dialogu pomiędzy chrześcijanami a żydami. Potem mieliśmy czas na zwiedzanie Rzymu. Byliśmy w bazylice św. Piotra, w bazylice św. Pawła za murami, obejrzeliśmy mury Aureliana otaczające najstarszą część miasta, fontannę di Trevi, kolumnę Trajana i Koloseum. Oczywiście nie udało się nam zobaczyć wszystkich zabytków, jeden dzień na zwiedzanie Rzymu to zdecydowanie za mało. Pozostaje jedynie pojechać do „miasta na siedmiu wzgórzach” jeszcze raz. W Rzymie mogliśmy na własnej skórze przekonać się, że im dalej na południe, tym słońce staje się cieplejsze. Przypalone nosy i twarze to pamiątka z Rzymu, która pojechała z nami w dalszą podróż, tym razem do malowniczego,

 

położonego na zboczach gór miasteczka Giffoni valle Piana (przeglądnij zdjęcia). Tym razem nie musieliśmy się rozstawać, nocowaliśmy wszyscy razem w zakonie franciszkanów.

Do końca zostały nam już tylko 2 spektakle, a ja zupełnie zapomniałam napisać, iż w spektaklu niektóre osoby miały do wykonania dosyć niebezpieczne prace wysokościowe. Stały się one udziałem oświetleniowców, czyli osób obsługujących 4 reflektory niezbędne w spektaklu. Aby dobrze spełniały swoją rolę, musiały znajdować się na odpowiedniej wysokości ale w kościołach, w których graliśmy, nie było pawłaczy, trzeba więc było wynaleźć jakieś środki zastępcze.

 

 

Niezastąpione okazały się w tej roli drabiny, czasami rusztowania, na których montowano reflektory. Dlatego jak najbardziej na miejscu wydaje mi się określenie pracy oświetleniowców pracami wysokościowymi. Przy okazji bytności w Giffoni valle Piano okazało się, że nie wszyscy mają zapotrzebowanie na dużą ilość snu. Ci potrzebujący go mniej zerwali się o 4:00 rano aby pójść w góry na wschód słońca. Po wschodzie przyszedł poranek, nowy dzień i pora by udać się w dalszą podróż do dwóch ostatnich miejsc, w których mieliśmy pokazać spektakl: Cancello Scalo (przeglądnij zdjęcia) i Mondragone. Pierwsza z miejscowości położona jest zaledwie 27 kilometrów od Neapolu, stolicy regionu Kampania, największego ośrodka przemysłowego południowych Włoch. Leży on u podnóża Wezuwiusza, który obejrzeliśmy z okien autobusu, natomiast na zwiedzenie Neapolu zabrakło nam już czasu. Tylko nieliczni z nas, dzięki życzliwości rodzin, u których mieszkali, odbyli nocną wycieczkę do Neapolu, który jak się okazało nie jest zbyt bezpiecznym miastem o tej porze i najlepiej poruszać się po nim w kilkunastoosobowej grupie, mając z sobą kilku nieźle wyglądających osiłków. Natomiast drugie z wymienionych miast, Mondragone (przeglądnij zdjęcia), było najdalej wysuniętym miejscem na południe do którego dotarliśmy w czasie naszej podróży. Było też miejscem najcieplejszym co wykorzystaliśmy aby wykąpać się w Morzu Tyrreńskim i poopalać na plaży. Temperatura wody w morzu była porównywalna z tą, jaką ma Bałtyk w lipcu czy sierpniu, natomiast słońce dostarczało temperatury około 30o C. Plażowanie, pomimo iż było wspaniałe, na wielu z nas pozostawiło trwale ślady - popalone słońcem ciała i już do końca wyjazdu można było usłyszeć takie stwierdzenia: „Uwaga! Nie dotykaj! Mam spalone plecy!” O ile dla nas temperatury na południu były bardzo wysokie i ubieraliśmy się w letnie rzeczy, o tyle dla Włochów było jeszcze niezbyt ciepło i woleli chodzić ubrani w swetry i kurtki, a na nas patrzyli trochę zdziwieni.

Ostatni spektakl w Mondragone, ostatnie wspólne zdjęcie, ostatnie pożegnania (przywitań i pożegnań przeżyliśmy chyba jeszcze więcej niż spektakli) i trzeba wracać. Ale zanim tak na dobre pożegnaliśmy się z Włochami, zwiedziliśmy jeszcze dwa piękne miasta: Asyż (przeglądnij zdjęcia) i Wenecję (przeglądnij zdjęcia), a potem czekała nas już tylko długa droga do domu.

Kończąc tę opowieść o naszej podroży do Włoch, muszę uwierzyć, że jest to już historia, ale czasu tam spędzonego nigdy nie zapomnę. Dla mnie ten wyjazd był szczególnym darem od Pana Boga, w czasie którego w jakiejś małej cząstce mogły wypełniać się słowa Jezusa: „Idąc na cały świat głoście Ewangelię wszystkiemu stworzeniu”. Mogliśmy doświadczać Bożej obecności i Jego prowadzenia w tym co robiliśmy, Jego troski o to by niczego nam nie brakowało. Dziękując Bogu, chcę też podziękować tym (i myślę, że będę wyrazicielem wszystkich uczestników wyjazdu), których On wybrał aby cały ten wyjazd zaplanowali i przygotowali, i starali się by był on dla nas jak najlepiej przeżytym czasem: ks. Alfredowi i ks. Mirkowi. Jak powiedzieliby Włosi „Grazie di tutto”, co się wykłada: dziękujemy za wszystko.

Dagmara Górniak
 

Serdecznie dziękujemy Ministerstwu Edukacji Narodowej
- Program „Młodzież dla Europy” za dotację w wysokości 23 000 zł
oraz szczególnie za pomoc i okazaną sympatię w trakcie załatwiania wszelkich formalności.
Podziękowania przekazujemy również dla Urzędu Miasta Cieszyn za dotację w wys. 3 000 zł.

Młodzież i opiekunowie z Ekumenicznego Zespołu Teatralnego