15/16
(15/16)
1999
7-8 / 1999

Z W I A S T O W A N I E    P R Z E Z    O B R A Z

Hieronim Bosch

Syn marnotrawny

artykuł z tego NUMERU

artykuł z tego CYKLU

 > Home > Archiwum > Gazeta Ewangelicka > GE nr 15/16  / 1999 > Zwiastowanie przez obraz: Syn marnotrawny

Jeroen Anthoniszoon van Aken urodził się między rokiem 1450 a 1460 w st. Hertogenbosch w północnej Brabancji, zmarł tamże 9 sierpnia 1516 roku. Przyjął nazwisko od miejsca zamieszkania i przeszedł do historii światowego malarstwa jako Hieronim Bosch. Ten wyjątkowy niderlandzki artysta zadziwiał i zadziwia po dzień dzisiejszy swą fantastycznie symboliczną twórczością, pełną zagęszczonych emocji i skondensowanych treści. Obok doskonale znanych obrazów, jak „Sąd ostateczny”, „Wóz siana”, „Kuszenie Świętego Antoniego”, „Statek głupców” i „Tysiącletnie królestwo” czyli inaczej „Ogród rozkoszy”, popularne są także inne: „Leczenie głupoty”, „Szarlatan”, „Siedem grzechów głównych”. Najprawdopodobniej w 1510 roku, w ostatnim okresie swej twórczości, namalował „Powrót syna marnotrawnego”. W tym to właśnie okresie artysta odszedł od charakterystycznej maniery malowania wielopostaciowych scen, zaludnionych dziesiątkami maleńkich postaci z niezliczoną ilością fantastycznych tworów. Tym samym jakby uprościł i uporządkował przestrzeń malarską, by spokojnie, nieomal medytacyjnie uwypuklić jakąś prawdę przekazu. Skąpa ilość źródłowych danych dotyczących artysty nie pozwala na nakreślenie usystematyzowanego obrazu jego życia. Wiemy, iż był członkiem świeckiego bractwa Najświętszej Marii Panny, niektórzy uważają, że należał do - praktycznie hedonistycznego, sekciarskiego ugrupowania - Braci i Sióstr Wolnego Ducha. Dziwnymi diabolicznymi scenami siał niepokój, właściwy gorączce kończącego się średniowiecznego świata targanego przez wojny i zarazy, sekciarstwo i ortodoksję, potworną nędzę i nieopisany przepych. Według jednych ukazywał erotyzm i sadyzm, według drugich piętnował niekonwencjonalnymi przedstawieniami ogrom zepsucia. Na pewno wspaniale zilustrował codzienne życie chrześcijanina, które przybierało krańcowe postacie całkowitego wyrzeczenia się wszystkich przyjemności lub obłąkanego i zachłannego pławienia się w grzesznych uciechach i żądzach. O tym, że Bosch był człowiekiem dobrze zorientowanym w nurtach myślowych Europy i oczytanym w ówczesnych rozprawach i traktatach, świadczy zakres tematyczny jego prawie czterdziestu zachowanych i jemu przypisywanych obrazów. Wrażliwy na idee humanizmu wyśmiewał głupotę, szydził z zachłanności. Gorliwość religijną widoczną w piętnowaniu grzechów jasno oddzielał od dominikańskich praktyk inkwizytorskich, których z całego serca nie akceptował, atakując i wyśmiewając na swych obrazach, co najmniej czterokrotnie, osoby odziane w dominikański habit. Pod koniec swego życia mógł być także wrażliwym odbiorcą przedreformacyjnej krytyki Kościoła. Tak czy owak trafnie wybrał i wspaniale przedstawił biblijny temat „Syna marnotrawnego”.

Dzieło:
„Syn marnotrawny”
olej na drewnie ok. 1510 r.
średnica: 71,5 cm
muzeum: Boymans-van Beuningen
w Rotterdamie


„Jezus mówił dalej: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy syn powiedział do ojca: Daj mi, ojcze, tę część majątku, która jest przeznaczona dla mnie. Ojciec podzielił więc majątek między synów. Wkrótce młodszy syn spieniężył swoją część, wyjechał do dalekiego kraju i tam wszystko roztrwonił, prowadząc hulaszcze życie. Tymczasem, kiedy wydał wszystko, spadła na ten kraj klęska głodu. Znalazł się bez  środków do życia. Wtedy uprzytomnił sobie swoje położenie i tak powiedział: Jakże wielu parobków u mojego ojca dostaje jedzenia więcej, niż im trzeba, a ja tu przymieram głodem! Zabieram się stąd, wracam do ojca. Ruszył więc w drogę powrotną do ojca. Był jeszcze dość daleko, ale ojciec go dostrzegł, wzruszył się, wybiegł naprzeciw.

Ewangelia Łukasza 15,11-14; 17-18; 20 


Żal i skrucha nastają, głupota i upodlenie przemijają, decyzja już jest podjęta: wracam do domu Ojca! Trwonić czas, tracić siły i zdrowie, przepuszczać majątek, marnować życie - to smutna charakterystyka jakby obowiązującego stylu życia! Zmarnowane lata jednych i jako obowiązek - napominanie przez drugich, ta świadomość zapewne towarzyszyła artyście i zmuszała go do użycia malarskich talentów, by przysłużyć się w dziele naprawienia świata. Ewangeliczny temat „Syna marnotrawnego” umieścił w formie kolistej wymagając od innych wrażliwości i wymuszając na nich medytacyjne skupienie. Czynił tak zawsze, gdy chciał osiągnąć efekt zgłębienia tematu poprzez medytację. Tak było w przypadku „Siedmiu grzechów głównych”, „Leczeniu głupoty”, „Cierniem koronowania”, „Świętego Jana na Patmos”.

Obraz który mamy przed sobą, to coś więcej aniżeli moralizatorska, pobożna ilustracja. To studium „jeszcze zewnętrznego upadku i już wewnętrznego odrodzenia”. Chyba nikt tak nie przedstawił tego podobieństwa. Po co malować sceny z hulaszczego życia, strumienie alkoholu i wyuzdanie, albo też po co komu przedstawienie sielskiej scenerii uczty w domu ojca, gdzie radość i przebaczenie, ewentualnie zmącone zazdrością solidnego i pracowitego brata. Tutaj najważniejsza jest decyzja: odchodzę i pozostawiam stary, marny świat, idę w dobrym kierunku. Dopiero takie ujęcie tematu może być twórcze, ewangelizujące, zachęcające, emanujące zupełną zmianą, nawróceniem. Rozpocznijmy więc medytację.

W centrum widzimy postać o dziwnym spojrzeniu. To ten, który kiedyś miał się dobrze, ale było to dawno temu. Nie wczoraj, kiedy siedział w brudnej, zdezelowanej gospodzie, lecz wcześniej - gdy dom ojcowski był cudownym schronieniem. Kiedyś miał swoją wizję urządzenia sobie życia, miał jakiś „biznes plan”, pobrał pieniądze. Niestety słaby charakter i kiepskie towarzystwo doprowadzają w efekcie do upodlenia. Teraz ucieka od tego wszystkiego. Wytężmy wzrok, by dostrzec szczegóły. Lewa strona obrazu jest tą, od której nasz wędrowiec ucieka. Ucieka od zaniedbanego, rozlatującego się domu rozpusty i złych obyczajów, oznakowanego wymownie proporcem z łabędziem. Dziurawy dach, poszarpana kalenica, powybijane szyby, zdezelowana okiennica, wywieszona ze strychu bielizna, starucha wypatrująca następnego… i młodsza od niej, akurat obmacywana bezwstydnie już na progu. Ten dom jest ruiną obsikiwaną z boku. W tym zaułku rozpusty widzimy jeszcze siedem świń nachylonych nad  pustym korytem i chudego psa, ujadającego za odchodzącym. Tak wygląda świat, przed którym ucieka nasz bohater. Cały jego strój jest świadectwem zmarnowanych lat spędzonych w niechlubnym towarzystwie. Kiedyś elegancki, teraz poszarpany i podziurawiony, przejmująco szary, jak szare było jego życie; pogubione, nie do pary obuwie na omdlałych nogach co mniej idą, a bardziej powłóczą. Kij trzymany w bezwolnej prawej dłoni nie pomaga w chodzeniu, ani nie odpędza natrętnego psa. Jest bardzo osłabiony, przedwcześnie posiwiały o rozczochranych włosach i wychudzonej twarzy. Choć odwraca się za siebie, to jednak idzie do przodu z zaciśniętymi ustami. Oczy patrzą wstecz i są wyraźnie przerażone. Wszystko jest zniszczone, zmarnowane, za wyjątkiem podróżnego kosza, jedynej pamiątki z tamtych lat, kiedy wyruszał z ojcowskiego domu w świat. Teraz z tym pustym koszem wraca. Zamknięte wieko pozostawia cień nadziei, że może nie wszystko stracił, że może nie jest tak źle, że mimo wszystko dźwiga jednak coś cennego. Niestety! Kosz jest piękny, ale pusty. Wielka łyżka wędrowca świadczy o nędzy i wielkim głodzie. Z rozchylonej na piersi koszuli wisi sznur; kiedyś nosił tam amulet, najprawdopodobniej świńskie kopytko - symbol niskich popędów i żądz. Teraz zerwał je, ale jeszcze nie miał dość siły, by je wyrzucić. Schował je pod kaftan. Jednak wszystko widać. Kopytko wysuwa się i przypomina o przeszłości. Będzie musiał zatem zdecydować: wyrzucić czy synkretycznie zachować. Jednak z takim rekwizytem upadku nie może wrócić do Ojca, bo droga do niego prowadzi przez wąską bramę. Jeszcze jest zamknięta, właściwie tylko domknięta, wystarczy tylko pchnąć, a z radością się otworzy czekając na wędrowca. Brama jest solidna i jasna. Obok niej rośnie buk - symbol życia i przemijania. Drzewo jest poprzez identyczną kolorystykę podobne do wędrowca. Buk rósł sobie kiedyś zdrowo i spokojnie, ale potem na wysokości serca wędrowca pojawiła się na pniu niebezpieczna choroba. Wędrowiec jednak nawrócił się więc pień ozdrowiał i rozwidlony prowadzi do gałęzi i liści. Te z lewej strony są suche, obumarłe lub słabe, siedzi na nich puszczyk - symbol błądzenia i herezji. Na zdrowych gałęziach, trochę ryzykownie, do góry nogami wisi dzięcioł - symbol Zbawiciela niosącego zdrowie i oczyszczenie. Jego stukot musi trafiać do uszu tego, który idzie tuż pod nim do przodu. Jest jeszcze jeden symbol rozrysowany przez Boscha na cztery sposoby. To sroka ilustrująca cudowne przemiany dziejące się w sercu marnotrawnego syna. Kiedyś latała wysoko, by potem być zamkniętą w klatce domu publicznego. Ale została uwolniona cudownie i łaskawie, i poleciała na prawą stronę. Przysiadła na bramie, by potem polecieć w kierunku górującego nad drzewami na horyzoncie -  ojcowskiego domu. Pejzaż im bliżej tego upragnionego miejsca, tym jaśniejszy i spokojniejszy. Owocujące drzewa, pasące się bydło, pracujący ludzie. Choć są jeszcze daleko, ledwie co widoczni, to jednak przypominają coś cudownie bliskiego, jakby „raj utracony”. By tam dojść trzeba wejść przez wąską bramę, prosto na sympatycznego cielaka, który już tutaj zapowiada ucztę, radość i wesele. Patrzymy na łagodne ślepia i jest nam serdecznie żal - będzie zabity, jakby złożony w ofierze, by możliwe było przebaczenie, by wystawność uczty uświadomiła marnotrawnemu ogrom łaski Bożej. Kłania się tutaj w takiej chwili znajomość Słowa: o bramie i dobrym pastwisku za bramą (Ps 23), o omdlałych kolanach i opadłych dłoniach, które wracają do siły (Hbr 12,12-13) i o Chrystusie: „Ja jestem drogą, prawdą i żywotem” (Jan 14,6). Prawdę odkrył, na dobrą drogę wstąpił, życie odzyskał idący ku bramie syn marnotrawny. Jeśli widzimy u siebie choćby minimalne podobieństwo do tego, który życie zmarnował i roztrwonił, musimy jak on: odkryć prawdę, znaleźć drogę i znowu ożyć. Amen.

ks. Roman Pawlas