|
Jeroen Anthoniszoon van Aken urodził się między
rokiem 1450 a 1460 w st. Hertogenbosch w północnej Brabancji, zmarł
tamże 9 sierpnia 1516 roku. Przyjął nazwisko od miejsca zamieszkania i
przeszedł do historii światowego malarstwa jako Hieronim Bosch. Ten wyjątkowy niderlandzki artysta zadziwiał i zadziwia po dzień dzisiejszy
swą fantastycznie symboliczną twórczością, pełną zagęszczonych emocji i
skondensowanych treści. Obok doskonale znanych obrazów, jak „Sąd
ostateczny”, „Wóz siana”, „Kuszenie Świętego Antoniego”, „Statek głupców”
i „Tysiącletnie królestwo” czyli inaczej „Ogród rozkoszy”, popularne są
także inne: „Leczenie głupoty”, „Szarlatan”, „Siedem grzechów głównych”.
Najprawdopodobniej w 1510 roku, w ostatnim okresie swej twórczości,
namalował „Powrót syna marnotrawnego”. W tym to właśnie okresie artysta
odszedł od charakterystycznej maniery malowania wielopostaciowych scen,
zaludnionych dziesiątkami maleńkich postaci z niezliczoną ilością
fantastycznych tworów. Tym samym jakby uprościł i uporządkował
przestrzeń malarską, by spokojnie, nieomal medytacyjnie uwypuklić jakąś
prawdę przekazu. Skąpa ilość źródłowych danych dotyczących artysty nie
pozwala na nakreślenie usystematyzowanego obrazu jego życia. Wiemy, iż
był członkiem świeckiego bractwa Najświętszej Marii Panny, niektórzy
uważają, że należał do - praktycznie hedonistycznego, sekciarskiego
ugrupowania - Braci i Sióstr Wolnego Ducha. Dziwnymi diabolicznymi
scenami siał niepokój, właściwy gorączce kończącego się średniowiecznego
świata targanego przez wojny i zarazy, sekciarstwo i ortodoksję,
potworną nędzę i nieopisany przepych. Według jednych ukazywał erotyzm i
sadyzm, według drugich piętnował niekonwencjonalnymi przedstawieniami
ogrom zepsucia. Na pewno wspaniale zilustrował codzienne życie
chrześcijanina, które przybierało krańcowe postacie całkowitego
wyrzeczenia się wszystkich przyjemności lub obłąkanego i zachłannego
pławienia się w grzesznych uciechach i żądzach. O tym, że Bosch był
człowiekiem dobrze zorientowanym w nurtach myślowych Europy i oczytanym
w ówczesnych rozprawach i traktatach, świadczy zakres tematyczny jego
prawie czterdziestu zachowanych i jemu przypisywanych obrazów. Wrażliwy
na idee humanizmu wyśmiewał głupotę, szydził z zachłanności. Gorliwość
religijną widoczną w piętnowaniu grzechów jasno oddzielał od
dominikańskich praktyk inkwizytorskich, których z całego serca nie
akceptował, atakując i wyśmiewając na swych obrazach, co najmniej
czterokrotnie, osoby odziane w dominikański habit. Pod koniec swego
życia mógł być także wrażliwym odbiorcą przedreformacyjnej krytyki
Kościoła. Tak czy owak trafnie wybrał i wspaniale przedstawił biblijny
temat „Syna marnotrawnego”.
Dzieło:
„Syn marnotrawny”
olej na drewnie
ok. 1510 r.
średnica: 71,5
cm
muzeum: Boymans-van
Beuningen
w Rotterdamie
„Jezus mówił dalej: Pewien człowiek miał dwóch
synów. Młodszy syn powiedział do ojca: Daj mi, ojcze, tę część majątku,
która jest przeznaczona dla mnie. Ojciec podzielił więc majątek między
synów. Wkrótce młodszy syn spieniężył swoją część, wyjechał do dalekiego
kraju i tam wszystko roztrwonił, prowadząc hulaszcze życie. Tymczasem,
kiedy wydał wszystko, spadła na ten kraj klęska głodu. Znalazł się bez
środków do życia. Wtedy uprzytomnił sobie swoje położenie i tak
powiedział: Jakże wielu parobków u mojego ojca dostaje jedzenia więcej,
niż im trzeba, a ja tu przymieram głodem! Zabieram się stąd, wracam do
ojca. Ruszył więc w drogę powrotną do ojca. Był jeszcze dość daleko, ale
ojciec go dostrzegł, wzruszył się, wybiegł naprzeciw.
Ewangelia Łukasza 15,11-14; 17-18;
20
Żal i skrucha
nastają, głupota i upodlenie przemijają, decyzja już jest podjęta:
wracam do domu Ojca! Trwonić czas, tracić siły i zdrowie, przepuszczać
majątek, marnować życie - to smutna charakterystyka jakby obowiązującego
stylu życia! Zmarnowane lata jednych i jako obowiązek - napominanie
przez drugich, ta świadomość zapewne towarzyszyła artyście i zmuszała go
do użycia malarskich talentów, by przysłużyć się w dziele naprawienia
świata. Ewangeliczny temat „Syna marnotrawnego” umieścił w formie
kolistej wymagając od innych wrażliwości i wymuszając na nich
medytacyjne skupienie. Czynił tak zawsze, gdy chciał osiągnąć efekt
zgłębienia tematu poprzez medytację. Tak było w przypadku „Siedmiu
grzechów głównych”, „Leczeniu głupoty”, „Cierniem koronowania”, „Świętego
Jana na Patmos”.
Obraz który mamy przed sobą, to coś
więcej aniżeli moralizatorska, pobożna ilustracja. To studium „jeszcze
zewnętrznego upadku i już wewnętrznego odrodzenia”. Chyba nikt tak nie
przedstawił tego podobieństwa. Po co malować sceny z hulaszczego życia,
strumienie alkoholu i wyuzdanie, albo też po co komu przedstawienie
sielskiej scenerii uczty w domu ojca, gdzie radość i przebaczenie,
ewentualnie zmącone zazdrością solidnego i pracowitego brata. Tutaj
najważniejsza jest decyzja: odchodzę i pozostawiam stary, marny świat,
idę w dobrym kierunku. Dopiero takie ujęcie tematu może być twórcze,
ewangelizujące, zachęcające, emanujące zupełną zmianą, nawróceniem.
Rozpocznijmy więc medytację.
W centrum widzimy postać o dziwnym
spojrzeniu. To ten, który kiedyś miał się dobrze, ale było to dawno temu.
Nie wczoraj, kiedy siedział w brudnej, zdezelowanej gospodzie, lecz
wcześniej - gdy dom ojcowski był cudownym schronieniem. Kiedyś miał
swoją wizję urządzenia sobie życia, miał jakiś „biznes plan”, pobrał
pieniądze. Niestety słaby charakter i kiepskie towarzystwo doprowadzają
w efekcie do upodlenia. Teraz ucieka od tego wszystkiego. Wytężmy wzrok,
by dostrzec szczegóły. Lewa strona obrazu jest tą, od której nasz
wędrowiec ucieka. Ucieka od zaniedbanego, rozlatującego się domu
rozpusty i złych obyczajów, oznakowanego wymownie proporcem z łabędziem.
Dziurawy dach, poszarpana kalenica, powybijane szyby, zdezelowana
okiennica, wywieszona ze strychu bielizna, starucha wypatrująca
następnego… i młodsza od niej, akurat obmacywana bezwstydnie już na
progu. Ten dom jest ruiną obsikiwaną z boku. W tym zaułku rozpusty
widzimy jeszcze siedem świń nachylonych nad pustym korytem i
chudego
psa, ujadającego za odchodzącym. Tak wygląda świat, przed którym ucieka
nasz bohater. Cały jego strój jest świadectwem zmarnowanych lat
spędzonych w niechlubnym towarzystwie. Kiedyś elegancki, teraz
poszarpany i podziurawiony, przejmująco szary, jak szare było jego życie;
pogubione, nie do pary obuwie na omdlałych nogach co mniej idą, a
bardziej powłóczą. Kij trzymany w bezwolnej prawej dłoni nie pomaga w
chodzeniu, ani nie odpędza natrętnego psa. Jest bardzo osłabiony,
przedwcześnie posiwiały o rozczochranych włosach i wychudzonej twarzy.
Choć odwraca się za siebie, to jednak idzie do przodu z zaciśniętymi
ustami. Oczy patrzą wstecz i są wyraźnie przerażone. Wszystko jest
zniszczone, zmarnowane, za wyjątkiem podróżnego kosza, jedynej pamiątki
z tamtych lat, kiedy wyruszał z ojcowskiego domu w świat. Teraz
z tym
pustym koszem wraca. Zamknięte wieko pozostawia cień nadziei, że może
nie wszystko stracił, że może nie jest tak źle, że mimo wszystko dźwiga
jednak coś cennego. Niestety! Kosz jest piękny, ale pusty. Wielka łyżka
wędrowca świadczy o nędzy i wielkim głodzie. Z rozchylonej
na piersi
koszuli wisi sznur; kiedyś nosił tam amulet, najprawdopodobniej
świńskie
kopytko - symbol niskich popędów i żądz. Teraz zerwał je, ale jeszcze
nie miał dość siły, by je wyrzucić. Schował je pod kaftan. Jednak
wszystko widać. Kopytko wysuwa się i przypomina o przeszłości. Będzie
musiał zatem zdecydować: wyrzucić czy synkretycznie zachować. Jednak z
takim rekwizytem upadku nie może wrócić do Ojca, bo droga do niego
prowadzi przez wąską bramę. Jeszcze jest zamknięta, właściwie tylko
domknięta, wystarczy tylko pchnąć, a z radością się otworzy czekając na
wędrowca. Brama jest solidna i jasna. Obok niej rośnie
buk - symbol
życia i przemijania. Drzewo jest poprzez identyczną kolorystykę podobne
do wędrowca. Buk rósł sobie kiedyś zdrowo i spokojnie, ale potem
na
wysokości serca wędrowca pojawiła się na pniu niebezpieczna choroba.
Wędrowiec jednak nawrócił się więc pień ozdrowiał i rozwidlony prowadzi
do gałęzi i liści. Te z lewej strony są suche, obumarłe lub słabe,
siedzi na nich puszczyk - symbol błądzenia i herezji. Na zdrowych
gałęziach, trochę ryzykownie, do góry nogami wisi dzięcioł - symbol
Zbawiciela niosącego zdrowie i oczyszczenie. Jego stukot musi trafiać do
uszu tego, który idzie tuż pod nim do przodu. Jest jeszcze jeden symbol
rozrysowany przez Boscha na cztery sposoby. To sroka ilustrująca cudowne
przemiany dziejące się w sercu marnotrawnego syna. Kiedyś latała wysoko,
by potem być zamkniętą w klatce domu publicznego. Ale została uwolniona
cudownie i łaskawie, i poleciała na prawą stronę. Przysiadła na bramie,
by potem polecieć w kierunku górującego nad drzewami na horyzoncie -
ojcowskiego domu. Pejzaż im bliżej tego upragnionego miejsca, tym
jaśniejszy i spokojniejszy. Owocujące drzewa, pasące się bydło,
pracujący ludzie. Choć są jeszcze daleko, ledwie co widoczni, to jednak
przypominają coś cudownie bliskiego, jakby „raj utracony”. By tam dojść
trzeba wejść przez wąską bramę, prosto na sympatycznego
cielaka, który
już tutaj zapowiada ucztę, radość i wesele. Patrzymy na łagodne ślepia i
jest nam serdecznie żal - będzie zabity, jakby złożony w ofierze, by
możliwe było przebaczenie, by wystawność uczty uświadomiła marnotrawnemu
ogrom łaski Bożej. Kłania się tutaj w takiej chwili znajomość Słowa: o
bramie i dobrym pastwisku za bramą (Ps 23), o omdlałych kolanach i
opadłych dłoniach, które wracają do siły (Hbr 12,12-13) i o Chrystusie:
„Ja jestem drogą, prawdą i żywotem” (Jan 14,6). Prawdę odkrył, na dobrą
drogę wstąpił, życie odzyskał idący ku bramie syn marnotrawny. Jeśli
widzimy u siebie choćby minimalne podobieństwo do tego, który życie
zmarnował i roztrwonił, musimy jak on: odkryć prawdę, znaleźć drogę i
znowu ożyć. Amen.
ks. Roman Pawlas |