14 (14)
1999

6 /
199
9

M A G A Z Y N    M Ł O D Z I E Ż O W Y     D O K Ą D

Dagmara Górniak

Italia '99
Tournée Ekumenicznego Zespołu Teatralnego z Cieszyna do Włoch - cz. 1

artykuł z tego NUMERU

artykuł z tego CYKLU

 > Home > Archiwum > Gazeta Ewangelicka > GE nr 14  / 1999 > Dokąd: Italia '99 - cz. 1
14 maja. Czy to możliwe, że jeszcze kilka miesięcy temu nasz wyjazd majaczył gdzieś w dalekiej przyszłości, wydawało się, że jeszcze tyle czasu, trzeba czekać tyle tygodni, a potem nieoczekiwanie przyszedł dzień wyjazdu, 19 kwietnia i było trudno uwierzyć, że już wyjeżdżamy.

Dokładnie pamiętam pakowanie bagaży i sprzętu do autobusu, sprawdzanie czy wszystko zabraliśmy, czy czegoś nie brakuje, pożegnania z rodziną i przyjaciółmi, i może jakąś niepewność, co nas czeka we Włoszech? A potem minęliśmy jedną, drugą, trzecią granicę i byliśmy we Włoszech. Ale jak to się właściwie stało, że tam pojechaliśmy, no i po co? W ubiegłym roku zrodził się pomysł, aby wspólnie - grupa młodzieży katolickiej i ewangelickiej - przygotować spektakl o życiu i nawróceniu Marii Magdaleny. Spektakl noszący tytuł „Widziałam Pana” powstał i był pokazywany w wielu miejscach, ale chyba nikt z nas nie myślał o tym, by pokazać go gdzieś za granicami kraju; nikt oprócz ks. Mirosława Szewieczka, inicjatora powstania

spektaklu i jego reżysera, który jako pierwszy wypowiedział słowa: „A może by tak pojechać z tym spektaklem do Włoch”. Początkowo jawiło się to jako rzecz raczej mało realna, ale z czasem zaczęło nabierać bardziej rzeczywistych kształtów. Ks. Mirek wykorzystał swoje włoskie kontakty i okazało się, że 10 włoskich księży było gotowych zaprosić nas ze spektaklem do swoich parafii, zapewniając nam u włoskich rodzin noclegi i wyżywienie. To było już bardzo wiele, ale stale pozostawało jeszcze dużo do załatwienia, w tym także finanse na zapłacenie choćby przejazdu. Idąc za współczesną modą postanowiliśmy poszukać sponsorów. Zwróciliśmy się o dofinansowanie naszego wyjazdu do Ministerstwa Edukacji Narodowej - „Program Młodzież dla Europy” (wyróżnienie: 23.000,- zł) oraz do Urzędu Miasta w Cieszynie (3.000,- zł).

To nie załatwiało jeszcze wszystkich spraw. Spektakl był po polsku. Żeby pokazać go włoskiej publiczności, trzeba było przetłumaczyć go na włoski. Ale i to okazało się możliwe. Teksty czytane zostały nagrane na płytę kompaktową, teksty piosenek przetłumaczone na włoski i w czasie spektaklu wyświetlane na slajdach, a aktorzy nauczyli się włoskich tekstów na pamięć. Tak oto przygotowani wyruszyliśmy w podróż, 48 osób „pod wodzą” ks. Alfreda Borskiego i ks. Mirosława Szewieczka. Wypada mi jeszcze odpowiedzieć na pytanie: po co tam pojechaliśmy, chociaż częściowo odpowiedź na nie już padła: aby pokazać spektakl, ale to nie wszystko. Żeby to uściślić przytoczę zdanie, które powiedział Artur na jednym ze spotkań w czasie przygotowywania przedstawienia: „To nie może być tylko spektakl, to musi być ewangelizacja”. To zdanie bardzo często przytaczane, kiedy mówimy o spektaklu, określa nasz cel: opowiadać ludziom dobra nowinę o Jezusie. Ale czy trzeba to robić akurat we Włoszech? - może ktoś zapytać. Wszyscy ludzie na całym świecie potrzebują usłyszeć Ewangelię, a Bóg jest tym, który posyła nas z nią w różne miejsca. Wierzę, że nas posłał właśnie do Włoch. To co tam przeżyliśmy, to w jaki sposób spektakl był przyjmowany jest dla mnie świadectwem, że wyjazd ten nie był naszym kaprysem ani chęcią zobaczenia „wielkiego świata”, ale że został zaplanowany przez Pana Boga. Oklaski na stojąco, brawa prawie po każdej scenie, słowa: „To było wspaniałe, cudowne - to reakcje ludzi po każdym spektaklu. Patrząc na to w czysto ludzkich kategoriach moglibyśmy powiedzieć: „Spektakl odniósł sukces, my odnieśliśmy sukces”. Ale nie o to przecież chodziło. Jeśli natomiast spojrzymy na to jako ci, którzy chcą w taki sposób przekazywać ludziom Ewangelię, możemy dziękować Bogu, że to On wziął sobie chwałę z tej naszej służby i że poprzez nią dotykał się ludzkich serc. Dla mnie osobiście największą radością było to, kiedy ludzie mówili: „W tym co robicie widać Jezusa”, „Wy nie gracie, ale naprawdę przeżywacie to”, bo uświadamiało mi, że realizuje się to, po co tutaj przyjechaliśmy, ludzie widzieli w tym spektaklu nie nas, ale Jezusa, a o to przecież chodziło.

Po tym przydługawym wstępie mogę przejść do opowieści o naszej podróży. Podczas jej trwania od 19 kwietnia do 4 maja 10 razy graliśmy spektakl, odwiedziliśmy ok. 16 miast i miasteczek, przejeżdżając prawie przez całe Włochy z północy na południe - w sumie ponad 5.800 km. Pierwszym było Mazzo di Rho (przeglądnij zdjęcia), miasteczko położone niedaleko Mediolanu, gdzie dotarliśmy po prawie 20 godzinach spędzonych w autobusie. Zmęczeni, może niepewni co nas czeka, jak to wszystko się poukłada, jak będzie przyjmowany spektakl, zabraliśmy się do pracy, która jak się później okazało stała się naszym codziennym rytuałem. Wypakowanie całego sprzętu z autobusu, zainstalowanie go w kościele, obiad, dłuższa lub krótsza chwila wolnego czasu, przydział rodzin, u

których mieliśmy nocować, spotkanie z nimi, kolacja, spektakl. Czasami punkty te zmieniały swoją kolejność, ale nigdy żadnego nie zabrakło i nie świadczy to bynajmniej o tym, że było nudno. Już pierwszego dnia przyszło zmierzyć się nam z kłopotami natury technicznej. We Włoszech są inne gniazdka elektryczne niż w Polsce i nasze wtyczki do nich po prostu nie pasowały. Oprócz tego po włączeniu całego sprzętu nagłaśniającego i reflektorów okazało się, że sieć elektryczna nie wytrzymuje takiego obciążenia i stale wybijało korki. Z pomocą przyszli nam Włosi i chociaż oni nie umieli po polsku, a my po włosku, pomagając sobie mową gestu i mimik, jakoś się dogadaliśmy i wszystkie problemy udało się rozwiązać. Ten pierwszy spektakl był chyba dla nas szczególny. Pierwszy raz po włosku, pierwszy raz przed włoską publicznością. Jak się uda? Ale nawet jeśli była ta niepewność i może odrobina strachu, zawsze staraliśmy się oddawać to Bogu. Przed każdym spektaklem spotykaliśmy się razem i modlili, powierzając Mu to, co każdy z nas miał robić, prosząc o Jego prowadzenie i o to, by ci, którzy będą oglądać spektakl, mogli doświadczać Bożej obecności. Po pierwszym spektaklu były pierwsze słowa uznania, brawa, przedstawienie bardzo się podobało. W Mazzo także po raz pierwszy nocowaliśmy u włoskich rodzin. Jak już pisałam, nie umieliśmy po włosku, a więc jak tu się porozumiewać? Jest takie powiedzenie: „Polak potrafi”, a Włoch też i okazało się, że nie jest to aż takie trudne, szczególnie jeśli do pomocy używa się rąk. Po kilku dniach pobytu udało się nam też nauczyć kilku słów i wyrażeń po włosku. We wzajemnym porozumiewaniu pomagały nam również inne języki: angielski, niemiecki, francuski, hiszpański. I wcale nie chwaląc się trzeba powiedzieć, że Polacy są o wiele lepsi, jeśli chodzi o znajomość języków obcych, niż Włosi. Natomiast gdy nam przyszło używać włoskiego, zdarzały się wpadki językowe. Już na pierwszym spektaklu, w jednej ze scen aktorzy zamiast powiedzieć: Gesu e risorto (co znaczy: Jezus zmartwychwstał) krzyczeli: Gesu e risotto co znaczy: Jezus ryż. Włosi mieli więc powód do śmiechu, ale potem wyjaśnili nam tę drobną różnicę w wyrazach i już więcej nie mieliśmy takich wpadek.

Do rzeczy pierwszych, które nas spotkały we Włoszech, należy zaliczyć włoski posiłek. Kiedy go jedliśmy jeszcze nikt z nas nie przypuszczał, że jego główne danie będzie nam towarzyszyć prawie każdego dnia. Pasta sciuta (czytaj: sziuta), bo o niej mowa, to tradycyjne włoskie danie, którym w związku z tym wszędzie chciano nas ugościć, ale nawet najwspanialszego posiłku jedzonego dzień w dzień można z czasem mieć dosyć. W końcu doszło do humorystycznej sytuacji. W związku z tym, że wypowiadanie słowa „pasta” w obecności Włochów „groziło” otrzymaniem jej na najbliższym posiłku (bo dochodzili oni do wniosku, że skoro o niej mówimy, to chyba ją lubimy), postanowiono jako zamiennika używać polskiego słowa gwarowego „dżista” (pisownia fonetyczna), a na tych, którzy zapomną się i powiedzą „pasta” postanowiono nałożyć karę opiewającą na 2 polskie złote. Oprócz problemów z pastą musieliśmy też przestawić się na włoski sposób dziennego odżywiania, tzn. małe co nie co na śniadanie i bardzo obfite obiady i kolacje, z czym niektórzy mieli kłopoty, szczególnie ci nie przyzwyczajeni do skromnych śniadań.

Zaledwie kilka minut od Mazzo było Terrazzano di Rho (przeglądnij zdjęcia), gdzie drugiego dnia wystawialiśmy spektakl. Tam też ostatecznie rozwiązały się nasze problemy z niedopasowanymi do włoskich gniazdek polskimi wtyczkami, bo zostały one przerobione przez niesamowicie dla nas życzliwych Włochów, tak by mogły być używane we włoskich warunkach. Drugiego dnia mieliśmy okazję zwiedzić Mediolan, położony niedaleko Mazzo i Terrazzano. Jest on stolicą regionu Lombardia i drugim po Rzymie pod względem liczby ludności miastem włoskim oraz największym ośrodkiem przemysłowym Włoch. Okazało się, iż wcale nie zabytki były dla nas największą atrakcją, ale stadion San Siro, gdzie grają dwie znane włoskie drużyny piłkarskie: AC Milan i Inter Mediolan.
W naszej grupie nie zabrakło pasjonatów piłki nożnej, tak więc dla nich wizyta na stadionie była nie lada gratką. Oprócz stadionu w Mediolanie zwiedziliśmy katedrę, zamek i obejrzeli z zewnątrz budynek słynnej opery La Scala, bynajmniej swoim wyglądem nie zachęcający do wejścia, co i tak byłoby niemożliwe, bo bilety na grane tam opery, jak powiedział nam nasz włoski przewodnik, są bardzo, bardzo drogie.

 

Kolejnymi etapami naszej podróży było Casciago (przeglądnij zdjęcia), a potem Colegno (przeglądnij zdjęcia) położone koło Turynu, od którego dzieliło nas kilka godzin jazdy. W ogóle w autobusie spędzaliśmy bardzo dużo czasu i chociaż czasami było to męczące, to wbrew pozorom nie był to czas zmarnowany. Dlatego, że mieszkaliśmy u włoskich rodzin, nie spędzaliśmy wspólnie zbyt wiele czasu. Czas spędzany w autobusie był więc doskonałą okazją do nadrobienia tej zaległości. Niektórzy przeznaczali go na rozmowy, dzielili się swoimi przeżyciami i refleksjami na temat tego co się wydarzyło, inni odsypiali zaległości i zmęczenie. Czasami wygłupialiśmy się, żartowali, śmiali, ale był to też czas kiedy wspólnie modliliśmy się, śpiewali Bogu na chwałę. Dla mnie były to także chwile

refleksji nad pięknem Bożego stworzenia, które zewsząd nas otaczało. Im bardziej na południe, tym bardziej górzyste krajobrazy. Właściwie
 większość drogi przejechaliśmy górskimi autostradami, tunelami ciągnącymi się pokilka a nawet kilkanaście kilometrów. Bywało tak, że z jednej strony autobusu widzieliśmy góry, a z drugiej rozciągało się morze. Po przyjeździe do Colegno i naszych „rytualnych” czynnościach, tzn. posiłek, wyładowanie i zainstalowanie sprzętu, zostało nam trochę czasu, który wykorzystaliśmy aby pozwiedzać trochę Turyn. Jest to drugi co do wielkości ośrodek przemysłowy Włoch, w którym mieści się siedziba koncernu Fiata. Znany jest również dlatego, ze w jednej z jego katedr znajduje się znany na całym świecie całun turyński, którego kopię mogliśmy zobaczyć. 

Dagmara Górniak

 Część 2 - GE 15/16 z 1999r.  >>