| 14 maja. Czy to możliwe, że jeszcze kilka miesięcy temu nasz wyjazd
majaczył gdzieś w dalekiej przyszłości, wydawało się, że jeszcze tyle
czasu, trzeba czekać tyle tygodni, a potem nieoczekiwanie przyszedł
dzień wyjazdu, 19 kwietnia i było trudno uwierzyć, że już wyjeżdżamy.
Dokładnie pamiętam pakowanie bagaży i sprzętu do autobusu,
sprawdzanie czy wszystko zabraliśmy, czy czegoś nie brakuje,
pożegnania z rodziną i przyjaciółmi, i może jakąś niepewność, co nas
czeka we Włoszech? A potem minęliśmy jedną, drugą, trzecią granicę i
byliśmy we Włoszech. Ale jak to się właściwie stało, że tam
pojechaliśmy, no i po co? W ubiegłym roku zrodził się pomysł, aby
wspólnie - grupa młodzieży katolickiej i ewangelickiej - przygotować
spektakl o życiu i nawróceniu Marii Magdaleny. Spektakl noszący
tytuł „Widziałam Pana” powstał i był pokazywany w wielu miejscach,
ale chyba nikt z nas nie myślał o tym, by pokazać go gdzieś za
granicami kraju; nikt oprócz ks. Mirosława Szewieczka, inicjatora
powstania |
 |
| spektaklu i jego reżysera,
który jako pierwszy wypowiedział słowa: „A może by tak pojechać z
tym spektaklem do Włoch”. Początkowo jawiło się to jako rzecz raczej
mało realna, ale z czasem zaczęło nabierać bardziej rzeczywistych
kształtów. Ks. Mirek wykorzystał swoje włoskie kontakty i okazało
się, że 10 włoskich księży było gotowych zaprosić nas ze spektaklem
do swoich parafii, zapewniając nam u włoskich rodzin noclegi i
wyżywienie. To było już bardzo wiele, ale stale pozostawało jeszcze
dużo do załatwienia, w tym także finanse na zapłacenie choćby
przejazdu. Idąc za współczesną modą postanowiliśmy poszukać
sponsorów. Zwróciliśmy się o dofinansowanie naszego wyjazdu do
Ministerstwa Edukacji Narodowej - „Program Młodzież dla Europy”
(wyróżnienie: 23.000,- zł) oraz do Urzędu Miasta w Cieszynie
(3.000,- zł). |
To nie załatwiało jeszcze wszystkich spraw.
Spektakl był po polsku. Żeby pokazać go włoskiej publiczności, trzeba
było przetłumaczyć go na włoski. Ale i to okazało się możliwe. Teksty
czytane zostały nagrane na płytę kompaktową, teksty piosenek
przetłumaczone na włoski i w czasie spektaklu wyświetlane na slajdach, a
aktorzy nauczyli się włoskich tekstów na pamięć. Tak oto przygotowani
wyruszyliśmy w podróż, 48 osób „pod wodzą” ks. Alfreda Borskiego i ks.
Mirosława Szewieczka. Wypada mi jeszcze odpowiedzieć na pytanie: po co
tam pojechaliśmy, chociaż częściowo odpowiedź na nie już padła: aby
pokazać spektakl, ale to nie wszystko. Żeby to uściślić przytoczę
zdanie, które powiedział Artur na jednym ze spotkań w czasie
przygotowywania przedstawienia: „To nie może być tylko spektakl, to musi
być ewangelizacja”. To zdanie bardzo często przytaczane, kiedy mówimy o
spektaklu, określa nasz cel: opowiadać ludziom dobra nowinę o Jezusie.
Ale czy trzeba to robić akurat we Włoszech? - może ktoś zapytać. Wszyscy
ludzie na całym świecie potrzebują usłyszeć Ewangelię, a Bóg jest tym,
który posyła nas z nią w różne miejsca. Wierzę, że nas posłał właśnie do
Włoch. To co tam przeżyliśmy, to w jaki sposób spektakl był przyjmowany
jest dla mnie świadectwem, że wyjazd ten nie był naszym kaprysem ani
chęcią zobaczenia „wielkiego świata”, ale że został zaplanowany przez
Pana Boga. Oklaski na stojąco, brawa prawie po każdej scenie, słowa: „To
było wspaniałe, cudowne - to reakcje ludzi po każdym spektaklu. Patrząc
na to w czysto ludzkich kategoriach moglibyśmy powiedzieć: „Spektakl
odniósł sukces, my odnieśliśmy sukces”. Ale nie o to przecież chodziło.
Jeśli natomiast spojrzymy na to jako ci, którzy chcą w taki sposób
przekazywać ludziom Ewangelię, możemy dziękować Bogu, że to On wziął
sobie chwałę z tej naszej służby i że poprzez nią dotykał się ludzkich
serc. Dla mnie osobiście największą radością było to, kiedy ludzie
mówili: „W tym co robicie widać Jezusa”, „Wy nie gracie, ale naprawdę
przeżywacie to”, bo uświadamiało mi, że realizuje się to, po co tutaj
przyjechaliśmy, ludzie widzieli w tym spektaklu nie nas, ale Jezusa, a o
to przecież chodziło.
| Po tym przydługawym wstępie mogę przejść do
opowieści o naszej podróży. Podczas jej trwania od 19 kwietnia do 4 maja
10 razy graliśmy spektakl, odwiedziliśmy ok. 16 miast i miasteczek,
przejeżdżając prawie przez całe Włochy z północy na południe - w sumie
ponad 5.800 km. Pierwszym było Mazzo di Rho (przeglądnij
zdjęcia), miasteczko położone niedaleko Mediolanu, gdzie
dotarliśmy po prawie 20 godzinach spędzonych w autobusie. Zmęczeni,
może niepewni co nas czeka, jak to wszystko się poukłada, jak będzie
przyjmowany spektakl, zabraliśmy się do pracy, która jak się później
okazało stała się naszym codziennym rytuałem. Wypakowanie całego
sprzętu z autobusu, zainstalowanie go w kościele, obiad, dłuższa lub
krótsza chwila wolnego czasu, przydział rodzin, u |
 |
| których mieliśmy nocować,
spotkanie z nimi, kolacja, spektakl. Czasami punkty te zmieniały
swoją kolejność, ale nigdy żadnego nie zabrakło i nie świadczy to
bynajmniej o tym, że było nudno. Już pierwszego dnia przyszło
zmierzyć się nam z kłopotami natury technicznej. We Włoszech są inne
gniazdka elektryczne niż w Polsce i nasze wtyczki do nich po prostu
nie pasowały. Oprócz tego po włączeniu całego sprzętu
nagłaśniającego i reflektorów okazało się, że sieć elektryczna nie
wytrzymuje takiego obciążenia i stale wybijało korki. Z pomocą
przyszli nam Włosi i chociaż oni nie umieli po polsku, a my po
włosku, pomagając sobie mową gestu i mimik, jakoś się dogadaliśmy i
wszystkie problemy udało się rozwiązać. Ten pierwszy spektakl był
chyba dla nas szczególny. Pierwszy raz po włosku, pierwszy raz przed
włoską publicznością. Jak się uda? Ale nawet jeśli była ta
niepewność i może odrobina strachu, zawsze staraliśmy się oddawać to
Bogu. Przed każdym spektaklem spotykaliśmy się razem i modlili,
powierzając Mu to, co każdy z nas miał robić, prosząc o Jego
prowadzenie i o to, by ci, którzy będą oglądać spektakl, mogli
doświadczać Bożej obecności. Po pierwszym spektaklu były pierwsze
słowa uznania, brawa, przedstawienie bardzo się podobało. W Mazzo
także po raz pierwszy nocowaliśmy u włoskich rodzin. Jak już
pisałam, nie umieliśmy po włosku, a więc jak tu się porozumiewać?
Jest takie powiedzenie: „Polak potrafi”, a Włoch też i okazało się,
że nie jest to aż takie trudne, szczególnie jeśli do pomocy używa
się rąk. Po kilku dniach pobytu udało się nam też nauczyć kilku słów
i wyrażeń po włosku. We wzajemnym porozumiewaniu pomagały nam
również inne języki: angielski, niemiecki, francuski, hiszpański. I
wcale nie chwaląc się trzeba powiedzieć, że Polacy są o wiele lepsi,
jeśli chodzi o znajomość języków obcych, niż Włosi. Natomiast gdy
nam przyszło używać włoskiego, zdarzały się wpadki językowe. Już na
pierwszym spektaklu, w jednej ze scen aktorzy zamiast powiedzieć:
Gesu e risorto (co znaczy: Jezus zmartwychwstał) krzyczeli: Gesu e
risotto co znaczy: Jezus ryż. Włosi mieli więc powód do śmiechu, ale
potem wyjaśnili nam tę drobną różnicę w wyrazach i już więcej nie
mieliśmy takich wpadek. |
Do rzeczy pierwszych, które nas spotkały we
Włoszech, należy zaliczyć włoski posiłek. Kiedy go jedliśmy jeszcze nikt
z nas nie przypuszczał, że jego główne danie będzie nam towarzyszyć
prawie każdego dnia. Pasta sciuta (czytaj: sziuta), bo o niej mowa, to
tradycyjne włoskie danie, którym w związku z tym wszędzie chciano nas
ugościć, ale nawet najwspanialszego posiłku jedzonego dzień w dzień
można z czasem mieć dosyć. W końcu doszło do humorystycznej sytuacji. W
związku z tym, że wypowiadanie słowa „pasta” w obecności Włochów
„groziło” otrzymaniem jej na najbliższym posiłku (bo dochodzili oni do
wniosku, że skoro o niej mówimy, to chyba ją lubimy), postanowiono jako
zamiennika używać polskiego słowa gwarowego „dżista” (pisownia
fonetyczna), a na tych, którzy zapomną się i powiedzą „pasta”
postanowiono nałożyć karę opiewającą na 2 polskie złote. Oprócz
problemów z pastą musieliśmy też przestawić się na włoski sposób
dziennego odżywiania, tzn. małe co nie co na śniadanie i bardzo obfite
obiady i kolacje, z czym niektórzy mieli kłopoty, szczególnie ci nie
przyzwyczajeni do skromnych śniadań.
 |
Zaledwie kilka minut od Mazzo było
Terrazzano di Rho (przeglądnij
zdjęcia), gdzie drugiego dnia wystawialiśmy spektakl. Tam też
ostatecznie rozwiązały się nasze problemy z niedopasowanymi do
włoskich gniazdek polskimi wtyczkami, bo zostały one przerobione
przez niesamowicie dla nas życzliwych Włochów, tak by mogły być
używane we włoskich warunkach. Drugiego dnia mieliśmy okazję
zwiedzić Mediolan, położony niedaleko Mazzo i Terrazzano. Jest on
stolicą regionu Lombardia i drugim po Rzymie pod względem liczby
ludności miastem włoskim oraz największym ośrodkiem przemysłowym
Włoch. Okazało się, iż wcale nie zabytki były dla nas największą
atrakcją, ale stadion San Siro, gdzie grają dwie znane włoskie
drużyny piłkarskie: AC Milan i Inter Mediolan. |
| W naszej grupie nie
zabrakło pasjonatów piłki nożnej, tak więc dla nich wizyta na
stadionie była nie lada gratką. Oprócz stadionu w Mediolanie
zwiedziliśmy katedrę, zamek i obejrzeli z zewnątrz budynek słynnej
opery La Scala, bynajmniej swoim wyglądem nie zachęcający do
wejścia, co i tak byłoby niemożliwe, bo bilety na grane tam opery,
jak powiedział nam nasz włoski przewodnik, są bardzo, bardzo drogie. |
| Kolejnymi etapami naszej podróży było
Casciago (przeglądnij
zdjęcia), a
potem Colegno (przeglądnij
zdjęcia) położone koło Turynu, od którego dzieliło nas kilka
godzin jazdy. W ogóle w autobusie spędzaliśmy bardzo dużo czasu i
chociaż czasami było to męczące, to wbrew pozorom nie był to czas
zmarnowany. Dlatego, że mieszkaliśmy u włoskich rodzin, nie
spędzaliśmy wspólnie zbyt wiele czasu. Czas spędzany w autobusie był
więc doskonałą okazją do nadrobienia tej zaległości. Niektórzy
przeznaczali go na rozmowy, dzielili się swoimi przeżyciami i
refleksjami na temat tego co się wydarzyło, inni odsypiali
zaległości i zmęczenie. Czasami wygłupialiśmy się, żartowali,
śmiali, ale był to też czas kiedy wspólnie modliliśmy się, śpiewali
Bogu na chwałę. Dla mnie były to także chwile |
 |
| refleksji nad pięknem Bożego stworzenia, które
zewsząd nas otaczało. Im bardziej na południe, tym bardziej górzyste
krajobrazy. Właściwie |
 |
większość drogi przejechaliśmy
górskimi autostradami, tunelami ciągnącymi się pokilka a nawet
kilkanaście kilometrów. Bywało tak, że z jednej strony autobusu
widzieliśmy góry, a z drugiej rozciągało się morze. Po przyjeździe
do Colegno i naszych „rytualnych” czynnościach, tzn. posiłek,
wyładowanie i zainstalowanie sprzętu, zostało nam trochę czasu,
który wykorzystaliśmy aby pozwiedzać trochę Turyn. Jest to drugi co
do wielkości ośrodek przemysłowy Włoch, w którym mieści się siedziba
koncernu Fiata. Znany jest również dlatego, ze w jednej z jego
katedr znajduje się znany na całym świecie całun turyński, którego
kopię mogliśmy zobaczyć.
Dagmara Górniak |
Część
2 - GE 15/16 z 1999r. >>
|