|
Drogi księże Alfredzie! Już
od zeszłego roku noszę się z zamiarem napisania tego
listu, ale wciąż nowe wyzwania absorbują mnie tak
dalece, że wciąż zapominam o bliskich. Ale przyszła
„vena” i cały dzień poświęciłam korespondencji. /.../
Byłam, jestem i będę fanką Księdza. Wiernie
kibicowałam i pochwalałam to, co Ksiądz robił. Nadal
będę śledzić poczynania Księdza w nowym środowisku.
Żałuję, że nie byłam na pożegnaniu w Gumnach i mam o to
pretensje do „całego świata” - nie wiedziałam.
Będę do końca życia twierdzić, że posiada Ksiądz
potężny potencjał energi, która wciąż szuka właściwego
ujścia. Wszystko, co Ksiądz dotychczas robił było dobre
i na pewno Bogu się podobało, ale myślę, że ta emigracja
do Włocławka to też Boża sprawa. Może (co tam
„może” -
na pewno!!) jest tam potrzebna taka osobowość, takie
„drożdże”, które poruszą całą Pomorsko-Wielkopolską
Diecezją. Ksiądz jest przede wszystkim KSIĘDZEM (i o to
chyba przy wyborze profesji chodziło) i to takim, na
jakiego nasi współwyznawcy od końca wojny tam czekali.
Oni Księdza potrzebują! /.../ Ksiądz wie o mojej służbie w szpitalu. Mam okazję
wysłuchiwać słów uznania i żalu po odejściu Księdza z
Cieszyna. Wielu chce wiedzieć, jak to było „naprawdę”,
ale niestety nie mogę komentować sprawy, bo jest zbyt
świeża. Był też wypadek, że pewna pani wspominając
Księdza rozpłakała się tak, że niewiele się
dowiedziałam, a musiałam ją pocieszać. Nie słyszałam,
aby ktoś płakał po moim odejściu z Krasnej, zazdroszczę,
pobił mnie Ksiądz na całego, a uczyłam tam 35 lat! Życzę
Księdzu, aby zapracował sobie na morze łez we Włocławku,
gdyby strzeliło Księdzu do głowy, aby stamtąd odejść.
Serdecznie pozdrawiam żonę i dzieci. Życzę jej
cierpliwości i wytrwałości u boku takiego męża, a
Księdzu tego samego w służbie. Dzieciom życzę sukcesów i
wspaniałych nauczycieli i przyjaciół. Niech Wam Bóg
błogosławi i niechaj Was strzeże.
Zofia Wojtas
Cieszyn, dnia 13.02.2003 r. |